A oto obiecany artykuł przełamujący lody:

Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka autorstwa Paulo Coelho. Jest to jeden z najpopularniejszych autorów ostatnich kilku lat i zapewne większość z czytelników zna jego powieści. Gdy trafiłem na „Alchemika”, nie znałem autora, nie wiedziałem nic na jego temat, nie znałem żadnych opinii, ani na temat autora, ani na temat książki, którą miałem w ręku.

Zacząłem ją czytać i wkrótce zostałem zauroczony. Książka wywarła na mnie ogromne wrażenie, więc po jej przeczytaniu zaraz sięgnąłem po kolejną tegoż autora. Jednak „Pielgrzym”, bo o tej książce mówię, nie przypadł mi do gustu. Więc na jakiś czas dałem sobie spokój z książkami Paula Coelho. Aż do ubiegłego miesiąca. Znajoma poleciła mi książkę „Demon i Panna Prym”. Miałem opory, aby zacząć jednak po kilku tygodniach sięgnąłem po nią. Zacząłem czytać, a gdy zacząłem, ponownie zostałem zauroczony, językiem którym posługuje się Coelho. Jego wnikliwością, zdolnością analizy ludzkich zachowań i symboliką.

Po przeczytaniu „Panny Prym” sięgnałem po kolejną. Tym razem była to powieść pod tytułem „11 minut”.

I ta właśnie książka jest tematem mojego artykułu. To ona zauroczyła mnie do tego stopnia, że zechciałem potrenować moje palce w stukaniu po klawiaturze i napisać tych kilka zdań. Być może niektórzy z Was, a może większość zna tę książkę, a to ja jestem „100 lat za …” (może lepiej nie będę pisał, za czym, bo tak będzie bardziej poprawnie). W każdym bądź razie, książkę przeczytałem z zapartym tchem i każda strona niosła dla mnie jakieś głębokie przesłanie, jakąś skrywaną mądrość, która czekała, aż po nią sięgnę, aż ją zrozumiem.

Na pozór zwykła historia, opowiadająca historię prostytutki o imieniu Maria. Maria urodziła się i wychowała w Brazylii. Jednak nie tej Brazylii, którą znamy z telewizji, gdzie na ulicach Rio de Janeiro, tańczy się sambę. Urodziła się i wychowała na prowincji. W niewielkim miasteczku, gdzie wszyscy znają się nawzajem. Pewnego razu, za ciężko zarobione pieniądze, postanowiła zrealizować jedno ze swoich marzeń. Udała się do Rio de Janeiro, aby przez tydzień kąpać się w oceanie, spędzać wieczory w nocnych klubach i poznać nowych ludzi. I rzeczywiście poznała. Jej urodą zachwycił się pewien obcokrajowiec – Szwajcar. Był on właścicielem nocnego klubu, w którym zatrudnił brazylijskie tancerki. Udało mu się namówić mlodą dziewczyne do wyjazdu do Europy. A tam życie potoczyło się swoim torem. Dla Marii był to całkiem odmienny świat, zupełnie inny niż sobie dotychczas wyobrażała. Za sprawą przypadku, a być może przeznaczenia została prostytutką.

Maria przełamuje jednak pewne schematy, tego zawodu. Ma z góry postawione cele życiowe i potrafi dążyć do ich realizacji. Postanawia, że będzie prostytutką przez równy rok. W tym czasie odkłada pieniądze, aby wrócić do Brazylii. Jej celem jest kupno niewielkiej farmy, gdzie mogłaby zapewnić bezpieczną starość swoim rodzicom. Swoje zamiary realizuje w sposób konsekwentny i godny naśladowania.

Książka „11 minut” to pewnego rodzaju baśń, zresztą jak większość książek Paulo Coelho. Jest to baśń dla dorosłych. Baśń o seksie i o miłości. O prostytutce, której życie jest przyziemne, prozaiczne i monotonne. O prostytutce, która handlując swoim ciałem, nigdy nie zaznała spełnienia w miłości. O prostytutce, która przeobraża się we współczesnego kopciuszka.

Książka ta dla mnie stała się źródłem wielu głębokich przemyśleń. Przedstawiam tu kilka wybranych przeze mnie fragmentów książki, które uważam za wartościowe, może i wam przypadną do gustu:

Nikt nie chce cierpieć, a jednak wszyscy lub prawie wszyscy świadomie lub nie poszukują bólu, poświęceń, dzięki czemu mogą czuć się usprawiedliwieni, oczyszczeni, godni szacunku w oczach własnych dzieci, małżonków, sąsiadów, Boga. […] Świat napędza nie pogoń za przyjemnościami, lecz rezygnacja ze wszystkiego, co istotne. Czy żołnierz rusza na wojnę, by pokonać wroga? Nie, on idzie zginąć za ojczyznę. Czy żona okazuje mężowi, że jest zadowolona? Nie, ona na każdym kroku stara się mu udowodnić, jak bardzo się dla niego poświęca. Czy mąż idzie do pracy, by rozszerzyć swoje horyzonty, rozwinąć się? Skądże, dla dobra rodziny haruje wylewając wiadra potu. I tak dalej… Dzieci wyrzekają się swoich marzeń, by zadowolić rodziców, rodzice poświęcają własne życie, by zrobić przyjemność dzieciom, a ból i cierpienie stają się dowodem tego, co powinno przynosić wyłącznie radość: miłości.”

Czy i wy dostrzegacie prawdziwość tych słów? Czy nie poświęcamy siebie i własnych ideałów, na pokaz, albo „dla wyższych idei”?. Czy nie poświęcamy się dla innych, czy nie przedkładamy szczęścia innych nad własne? A może czasem warto pomyśleć o sobie?

Przypowieść zaczerpnięta z pamiętnik Marii:

„Był sobie ptak obdarzony parą doskonałych skrzydeł o bajecznie barwnych piórach, stworzony do swobodnego szybowania w przestworzach, ku radości tych, którzy obserwowali go w locie. Pewnego dnia ptaka tego zobaczyła młoda kobieta i zakochała się w nim bez pamięci. Serce jej mocno zabiło, oczy zalśniły z zachwytu, gdy patrzyła, jak z gracją szybuje po błękitnym niebie. Ptak poprosił ją, by mu towarzyszyła, i polecieli razem w pełnej harmonii. Kobieta podziwiała, czciła, wielbiła ukochanego ptaka. Lecz pewnego dnia pomyślała: „A może on zechce odkryć dalekie krainy, poznać odległe zakątki świata?”. I przestraszyła się własnych myśli. Przestraszyła się, że już nigdy nikogo tak mocno nie pokocha. I obudziła się w niej zazdrość, zazdrość o to, że ptak umie latać. Poczuła się samotna. „Zastawię na niego pułapkę – pomyślała. – Następnym razem, gdy się pojawi, już ode mnie nie odleci”.

Ptak, który również był bardzo zakochany, przyfrunął do niej nazajutrz. Wpadł do klatki i nie mógł się już z niej wydostać – stał się więźniem. Kobieta napawała się jego widokiem. Był przedmiotem jej gorącej namiętności, pokazywała go przyjaciółkom, które wzdychały: „Naprawdę cudowny! Jaka jesteś szczęśliwa!”. Jednak z biegiem czasu zaszła w niej zadziwiająca przemiana: ponieważ ptak stał się jej własnością i nie musiała już go zdobywać, przestał ją interesować. A on, nie mogąc już latać, z dnia na dzień pogrążał się w coraz głębszym smutku, pióra mu wyblakły, skrzydła opadły – a kobieta zwracała na niego uwagę tylko wtedy, kiedy przynosiła mu jedzenie.

Pewnego dnia, gdy podeszła do klatki, okazało się, że ptak jest martwy. Wpadła w rozpacz i odtąd ani na chwilę nie przestawała o nim myśleć. Ale nie pamiętała o klatce, pamiętała tylko dzień, kiedy ujrzała go po raz pierwszy, jak szybował wysoko w obłokach, swobodny i szczęśliwy.

Gdyby mogła przyjrzeć się sobie samej, zrozumiałaby, że tym, co tak naprawdę wzruszało ją w ukochanym, była jego wolność, ciekawość świata, energia jego silnych skrzydeł. Utraciła sens życia i śmierć zapukała do jej drzwi.

Czemu przyszłaś? – zapytała ją udręczona kobieta.

Abyście mogli być znów razem – odpowiedziała śmierć. – Gdybyś pozwoliła mu odlatywać i wracać, kochałabyś go i podziwiała do dzisiaj. Teraz jestem ci potrzebna, byś mogła go odnaleźć.”

Pozostawiam ją bez komentarza, gdyż uważam, że żadnego nie wymaga.

I kolejny ciekawy fragment:

Nie można powiedzieć o wiośnie: <Oby szybko nadeszła i trwała długo>, lecz tylko:

<Niech nadejdzie, pobłogosławi mnie swą nadzieją i zostanie, jak długo będzie mogła>.

Niech nadchodząca wiosna pobłogosławi nas wszystkich i niech zostanie tak długo jak będzie mogła. Niech trwa w naszych sercach nawet przez całą wieczność.

Dziś, w chwili, gdy piszę ten tekst mam przed sobą kolejną książkę Paulo Coelho. Ciekawe czy „Piąta góra” okaże się równie zajmująca, co historia prostytutki Marii.

Pozdrawiam – Sławek Żbikowski